Trudno wyobrazić sobie, co czuła kobieta, która leżąc na stole operacyjnym, nagle stwierdziła, że… coś się pali. „Zobaczyłam, że coś się tli. Prześcieradło czy mata, na której leżałam, się paliła” – wspomina.

Reklama

Lekarze: łóżko się nie paliło

Według lekarzy, którzy byli wówczas na sali operacyjnej, nic się nie paliło. Jak wyjaśnia kierownik oddziału ginekologiczno-położniczego, dr Hubert Wolski:

„W trakcie wykonywania cięcia cesarskiego, przed wydobyciem płodu, była wykonywana koagulacja. W jej trakcie doszło do przegrzania się urządzenia i poparzenia termicznego. Nie paliło się łóżko”.

Dodaje, że kiedy tylko lekarze zorientowali się, że urządzenie się przegrzało, natychmiast je wyłączyli i schłodzili.

Dr Wolski potwierdza jednak, że pacjentka doznała poparzeń II stopnia.

Zobacz także

Poparzona pacjentka dzielnie zniosła cesarkę

Poparzenia na plecach i udzie (wielkości ok. 15 cm) źle wpłynęły na stan kobiety.

„To było straszne doświadczenie. Poczułam ogromny ból, zaczęłam słabnąć” – nie kryje kobieta w rozmowie z dziennikarzami „Gazety Wyborczej”.

Mimo wszystko lekarze postanowili kontynuować zabieg. Wkrótce potem na świecie pojawił się maluszek. Dziecko dostało 10 punktów w skali Apgar.

Szpital przeprosił młodą mamę, mimo to kobieta rozważa wytoczenie lekarzom procesu. Póki co nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak doszło do przegrzania urządzenia, które poparzyło pacjentkę. Niewykluczone, że odpowiedzialność za to, co się stało, ponosi jego producent.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Piszemy też o:

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama